Biskup Waldemar Pytel laureatem nagrody „Świdnickich Gryfów”

Ksiądz biskup Waldemar Pytel został uhonorowany w kategorii „wybitna osobowość” w tegorocznej edycji „Świdnickich Gryfów”, najważniejszej nagrody gospodarczej Świdnicy.

Aneta Augustyn: 30 lat temu zamienił ksiądz biskup Śląsk Cieszyński na Dolny Śląsk, odmienny wyznaniowo i kulturowo. Jaki był ten pierwszy kontakt?

Ksiądz biskup Waldemar Pytel*: Miałem 28 lat, gdy w czerwcowy wieczór 1986 roku wysiadłem z pociągu w Świdnicy. Grzecznie pytam pierwszego napotkanego przechodnia, jak trafić do Kościoła Pokoju. „Ja nie znaju”, odpowiada. Pytam kolejnego – „Ja nie znaju”. Miałem wrażenie, że zamiast na zachód przyjechałem na wschód.

Zupełna terra incognita?

To był wręcz szok. Kiedy stawałem na ambonie w rodzinnym Bielsku-Białej, miałem przed sobą pełen kościół. Połowa polskich ewangelików mieszka na Śląsku Cieszyńskim. A w świdnickim Kościele Pokoju, który może pomieścić 7,5 tysiąca osób, miałem zaledwie stu parafian.

Byłem ogromnie zdziwiony, że ówczesny biskup Janusz Narzyński skierował mnie na praktykę przed ordynacją właśnie do Świdnicy. Wiedziałem, że nigdy nie pozostawia młodych adeptów w parafiach, z których pochodzą, ale raczej spodziewałem się, że to będą Mazury albo centralna Polska. Tam były wolne parafie. Zupełnie nie myślałem o Dolnym Śląsku, zwłaszcza że wcześniej zostali tam skierowani moi koledzy.

W maju 1986 roku zostałem wezwany do Warszawy, gdzie usłyszałem, że za miesiąc będę już dojeżdżał z Bielska-Białej do Świdnicy. Próbowałem oponować: „Księże biskupie, jakże mogę dojeżdżać do Świdnicy, skoro tam jest mój kolega”. W odpowiedzi usłyszałem: „Panie Pytel, niech pan nie wchodzi w moje kompetencje, bo nie jest pan jeszcze biskupem”. I miesiąc później wysiadłem z pociągu w Świdnicy. Kolega został skierowany do Gorzowa Wielkopolskiego, a ja osiadłem na Dolnym Śląsku.

Od czego zaczęło się oswajanie tego miejsca?

Traktowałem to jak przygodę, nie sądziłem, że zagrzeję tu dłużej. Wiadomo, wikariusze często zmieniają miejsce. Świdnicę kojarzyłem przez mgłę: kilka lat wcześniej byłem tu przejazdem z chórem. Pamiętam piorunujące wrażenie, jakie zrobiły na mnie ogrom i bogactwo tego wnętrza. Nie przypuszczałem jednak, że będę tu kiedyś zawodowo. Tymczasem ówczesny proboszcz Kościoła Pokoju, ks. Jan Raszyk został przeniesiony na Śląsk Cieszyński, a ja trafiłem tutaj. Byłem wówczas studentem; we wrześniu 1986 roku obroniłem pracę magisterską z teologii praktycznej, o rozmowie duszpasterskiej z ludźmi starszego pokolenia. W tym samym roku zostałem ordynowany – to była pierwsza po wojnie i dotąd jedyna ordynacja w Kościele Pokoju. Usłyszałem wówczas od biskupa  Narzyńskiego: „Drogi młody księże, to jest bardzo ważna placówka dla ewangelików. Mam nadzieję, że pozostaniecie na wikariacie dwa lata.” Z dwóch lat zrobiło się 30. 

Miał ksiądz biskup przeczucie ogromu zadań, jakie go czekają?

Zupełnie nie znałem tutejszych realiów, wszystkiego uczyłem się od początku. Przede wszystkim bycia z ludźmi. Na starcie, jako młody duchowny uważałem, że parafianie powinni robić to, co wskażę. Dość szybko jednak dostałem lekcję pokory, zmieniłem podejście. Pojąłem, że tutaj potrzebny jest inny styl pracy duszpasterskiej niż na Śląsku Cieszyńskim. Moi parafianie byli bardziej wycofani, w mniejszości, utożsamiani z tym, co niemieckie. Dla wielu osób ewangelik równało się Niemiec, a to budziło niechęć otoczenia. Ja sam nieraz słyszałem – „Skąd ksiądz tak dobrze mówi po polsku?”.  Część parafian to było pokolenie przesiedleńców, którzy nie trafili tu dobrowolnie. Byli poranieni przez wojenne zawirowania i wówczas jeszcze nie do końca osadzeni w tym mieście. Były też młode małżeństwa i bardzo niepokoiło mnie, że wyjeżdżają za granicę. „Nie widzimy w Polsce przyszłości dla naszych dzieci”, słyszałem od nich. Był taki odpływ, że w pewnym momencie sądziłem, że zostanę sam z żoną i z kościelnymi.

Najtrudniejsze zadanie, jakie sobie uświadomiłem, to zmiana ludzkiej mentalności. Na dwóch poziomach – wśród parafian i na zewnątrz. Mogliśmy się zamknąć w swoim małym kręgu i użalać. Postanowiliśmy jednak otworzyć się na miasto. Organizowaliśmy spotkania dla dorosłych, dla dzieci, otwieraliśmy kościół, zapraszaliśmy do rozmów.

Pokazywałem, że jesteśmy mniejszościową parafią, że mamy wspaniałą świątynię, że nasza wiara jest mocno zakorzeniona w Ewangelii. Powoli zmieniała się świadomość wokół nas, przestał obowiązywać stereotyp:  ewangelk znaczy Niemiec. Od początku lat 90. zaczęło też przybywać parafian. Ukryci ewangelicy?

Tak, „ujawniały się” osoby, które wcześniej nie manifestowały, że są wyznania luterańskiego. Zwyczajnie się obawiały.  Przybyła nam na przykład cała siedmioosobowa rodzina. Dołączały także osoby, które wcześniej nie należały do żadnego kościoła. Pamiętam chrzty 12-13-latków. Zainteresowanie kościołem ewangelickim rośnie, rocznie przybywa nam kilka procent parafian. Natomiast przez 30 lat mojej pracy tutaj tylko jedna osoba odeszła.

Początkowe, trudne lata 80. to był intensywny czas poznawania tutejszego środowiska – i ludzi, i miejsca.

Które było w katastrofalnym stanie.

Oczy mi się otwierały, kiedy zacząłem poznawać fascynującą historię tego regionu i znaczenie Kościoła Pokoju dla ewangelików.

Nie tylko samej świątyni, ale całego placu Pokoju. Miałem idee fixe: przywrócić pierwotny stan całego placu, tej wyjątkowej ewangelickiej enklawy, gdzie każdy budynek czemuś służył. Długo rozmawiałem z radą parafialną, przekonywałem, że warto przejąć od miasta komunalne budynki i cmentarz. Parafianie mieli obawy, bo obiekty były zniszczone, cmentarz splądrowany.

Jednak w latach 90. pojawiły się możliwości dotyczące renowacji, szansa na zewnętrzne środki. Nawiązaliśmy współpracę z Niemieckim Centrum Rzemiosła i Ochrony Zabytków w Fuldzie, które w połowie lat 90. zrobiło bardzo szczegółowe badania dotyczące stanu zachowania. Okazało się, że konstrukcja, malowidła, wyposażenie – wszystko jest w bardzo złym stanie.

Wsparła nas Ambasada Niemiec, dostaliśmy dwukrotnie środki na renowację z Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, potem z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a ostatnio korzystamy z EEA Grants i Norway Grants. Pierwsza odrestaurowana rzecz to była XVII-wieczna chrzcielnica z Hali Chrztów, potem udało się odnowić dach, budynek dawnej szkoły ewangelickiej tzw. Luterheim. Na początku w swojej naiwności sądziłem, że w kilka lat uda nam się ocalić kościół. Dziś wiem, że życia nie wystarczy, żeby podołać temu zadaniu, choć wiele udało się już zrobić: uratowaliśmy ołtarz, ambonę, duże organy wraz z barokowym prospektem, część cmentarza, plebanię, dzwonnicę, dom dzwonnika i dom stróża. 

Pomaga w tym obecność na prestiżowej liście UNESCO?

Kiedyś przy kolacji z konserwatorem generalnym Andrzejem Tomaszewskim i z Ulim Schaffem powstał szalony pomysł: a może by tak postarać się o wpis UNESCO?

Złożyliśmy wniosek razem z Kościołem Pokoju w Jaworze i po zaledwie 2,5 roku, czyli w ekspresowym tempie zapadła decyzja o wpisaniu obu kościołów. Przyjęto ją w 2001 roku na głosowaniu w Helsinkach, jednogłośnie. Usłyszałem: „Dostajecie złoty klucz, ale już od was zależy, jak go dalej wykorzystacie.” Wpis na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO to prestiż; dzięki niemu dostajemy dodatkowe punkty przy składaniu kolejnych wniosków. To także wabik dla turystów: wielu Japończyków przyjeżdża do nas skuszonych właśnie tym wpisem.

Kościół stał się rozpoznawalnym produktem turystycznym.

Generujemy największy ruch turystyczny w Świdnicy, odwiedza nas 80 tys. turystów rocznie. Zostaliśmy uznani za Turystyczny Produkt Roku 2016, na Kongresie Turystyki, a National Geographic umieścił nas wśród siedmiu nowych cudów Polski. Nie brakuje nam energii i planów: w przyszłym roku włączamy się w światowe obchody 500-lecia Reformacji, chcemy przystąpić do Dolnośląskiej Organizacji Turystycznej i do międzynarodowego szlaku zabytków sakralnych Via Sacra. Tworzymy także Szlak Epitafiów, a w 2018 roku ruszamy z  ogólnopolskim Festiwalem Młodych Organistów. To będzie druga, po Festiwalu Bachowskim, muzyczna wizytówka tego miejsca. Miasto też na tym korzysta, wizerunkowo i ekonomicznie.

Świdnica i Dolny Śląsk stały się moją drugą miłością. Miałem kilka poważnych propozycji zmian, a jednak postanowiłem tu pozostać. Rok po moim przyjeździe do Świdnicy pobraliśmy się z Bożeną, która również pochodzi z Bielska-Białej. Wtedy mieliśmy w sobie tyle tęsknoty za rodzinnymi stronami, że w każdej chwili wsiadaliśmy do malucha i jechaliśmy na Śląsk Cieszyński. Dziś mogę powiedzieć, że czuję się już zakorzeniony w Świdnicy, identyfikuję się z tym miejscem.

„Pokój” w Kościele Pokoju jest odmieniany na różne sposoby. Ostatnio w obecności Dalajlamy XIV i przedstawicieli czterech religii.

Tak, we wrześniu tego roku spotkali się u nas przedstawiciele kościołów chrześcijańskich, judaizmu, islamu oraz buddyzmu. Po raz pierwszy spotkały się tu cztery religie.

Jego Świątobliwość Dalajlama XIV i pozostali goście podpisali „Apel o Pokój”, niezależny od poglądów, pochodzenia i religii. Takich kamieni milowych było więcej: w 1989 roku kanclerz Niemiec Helmut Kohl i premier Tadeusz Mazowiecki wspólnie modlili się tu o pokój i pojednanie, przed dwoma laty w tej samej intencji spotkały się u nas kanclerz Angela Merkel i premier Ewa Kopacz. Bardzo istotna była wizyta premiera Jerzego Buzka w 1998 roku, w 350-lecie pokoju westfalskiego  oraz wizyta, w 2011, szwedzkiej pary królewskiej: Karola XVI Gustawa i królowej Sylwii.

Nie jesteśmy już tylko świątynią małej lokalnej wspólnoty, ale miejscem coraz bardziej obecnym w społecznej świadomości.  Miejscem otwartym i gościnnym. Bywa, że na nabożeństwach jest więcej osób innych wyznań lub bezwyznaniowych. Mówią, że odpowiada im ta forma duchowości, że chcą coś przeżyć lub doświadczyć miejsca.

Miejsca, którego genius loci wciąż jest trudne do nazwania.

Kościół miał przetrwać 30 lat, a przetrwał 360. Powstał poza murami miasta i mam wrażenie, że nabierał siły z każdym kolejnym wiekiem. Jest w nim potęga ducha. Jestem tu tyle lat, widzę go codziennie i nadal przeżywam na nowo. I wciąż nie umiem rozwikłać, na czym polega fenomen tego miejsca. Emanuje czymś, co pozostanie w sferze niedopowiedzeń.

rozmawiała Aneta Augustyn

 

*Ks. bp Waldemar Pytel – biskup diecezji wrocławskiej Kościoła Ewangelicko-Augsuburskiego w Polsce, proboszcz  Kościoła Pokoju pw. Trójcy Świętej w Świdnicy. W latach 2009-12 przewodniczący Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsuburskiego. Działa w organizacjach społecznych, był prezesem Świdnickiego Towarzystwa Przyjaciół Chorych „Hospicjum”.  Żonaty, ma dwóch synów.